My, a zaraz za nami deszcz (w kierunku LA)

My, a zaraz za nami deszcz (w kierunku LA)

Santa Cruiz Los Angeles .Dziś spakowaliśmy się i wyjechaliśmy z San Francisco. Ruszyliśmy na południe, w kierunku LA zatrzymując się po drodze w każdym miejscu godnym uwagi. Za pierwsze takie miejsce uznaliśmy University of Stanford w Palo Alto. Dużo zieleni,  młodzieży na hulajnogach i piękne … budownictwo. Zrobiliśmy rundkę wokół kampusu i ze względu na kiepską pogodę jechaliśmy dalej w kierunku słonka.  (tak nam się przynajmniej wydawało).

Kolejnym przystankiem była miejscowość Santa Cruiz. Według google’a dom dla surferów.  Nie mogłam się doczekać aż pójdziemy na plażę i poczuję kite/surferski klimat. Wyobraziłam już sobie, że zrobię zdjęcie napotkanemu przystojniakowi z fryzurą  wystylizowaną  przez słońce i wiatr z deską pod pachą i wkleję Dżaście na fejsa z podpisem „pytają tu o Ciebie J”. Nic takiego niestety nie miało miejsca, ponieważ jak tylko podjechaliśmy na plażę wysokie fale, krople deszczu i wiatr zawiały nas z powrotem w stronę miasta.

Przy obiedzie w centrum Santa Cruiz zapytaliśmy kelnerkę co warto tu zobaczyć. Jej odpowiedź „you know, Sainta Cruiz is very small city, hmm fairly speaking there is nothing to see here” nam wystarczyła. Zjedliśmy chicken soup, która smakowała jak nasz kapuśniak, zamówiłam sok z graviola (flaszowiec miękkociernisty) i pojechaliśmy dalej w poszukiwaniu słonka.

Celem następnego przystanku było Montrei, w którym było tak szaro i zimno, że nie zapamiętałam z niego nic oprócz wielkiego, smacznego burrito.

Wszystkie te miejsca zaliczyliśmy w jeden dzień. To mój czwarty dzień w Kalifornii. Czwarty wietrzny dzień z deszczem wiszącym na niebie.  Słonko wychodzi co jakiś czas i  przypomina mi, że jestem na urlopie w Kalifornii. Jestem optymistką, więc wciąż mam nadzieję, że ciuchy, które mam w walizce, np. strój kąpielowy czy krótkie spodenki będą mogła wyjąć z walizki i wrócić do pracy chociaż trochę opalona 🙂